Andy Brandt : Mój polski blog

Moc etykiet

Dowiedziałem się ostatnio o dość zaskakujących badaniach, które dobitnie pokazują jaki wpływ na postrzeganie ma język.

Mianowicie pewien badacz zauważył, że w starożytnych dziełach nie ma słowa na określenie koloru niebieskiego – a w szczególności nigdzie nie ma wzmianek o tym, by niebo miało jakiś szczególny kolor. Jest to jeszcze ciekawsze, jeśli połączymy to z badaniem pewnego współcześnie istniejącego w Afryce plemienia, które w swoim języku też słowa na określenie niebieskiego nie ma. Jak pokazały eksperymenty (polegające na pokazywaniu na ekranie kwadracików o różnych kolorach i proszeniu o ich rozróżnianie) ludzie z tego plemienia po prostu niebieskiego nie widzą – a ściślej nie rozróżniają od zielonego. Na tej podstawie postawiono dość śmiałą tezę, że starożytne ludy, które zbudowały fundamenty naszej cywilizacji nie tylko nie umiały niebieskiego nazwać, ale wręcz tego koloru nie dostrzegały właśnie dlatego, że nie umiały go nazwać (przeczytaj cały artykuł na ten temat – warto).

Piszę o tym, bo jest to świetny przykład na to jak silnie nasze myślenie kształtuje język, z którego korzystamy. Choć nasze oczy odbierają obiektywnie te same fale elektromagnetyczne, to co w efekcie widzimy wypływa ze świadomości. To spójne z wiedzą o funkcjonowaniu mózgu – w istocie nie widzimy „obiektywnie”, oczami, obraz dopiero kreuje mózg. A to na jakiej podstawie to robi jest mocno ugruntowane kulturowo, w tym oczywiście także przez język – najsilniejszy nośnik skojarzeń i obiektów, które można „zobaczyć”.

Skoro tak dzieje się z tak zdawałoby się obiektywną i prostą rzeczą jak kolory, to w takim razie o ile silniejsze jest samodefiniowane się człowieka poprzez etykiety, pod którymi się postrzega. W tym kontekście takie etykiety jak „tester” czy „programista” (albo „starszy referent”) od razu określają co ich nosiciele robią – a czego nie. Głównym problemem owych etykiet nie jest nawet to, że powodują odruchowe wręcz zawężanie zakresu postrzegania i odpowiedzialności (a ściślej klasyfikowania co jest rzeczą, którą powinienem się zająć i za którą odpowiadam, a co nie), ale to, że w kontekście pracy, w którym działają, niejako spłaszczają człowieka do jednego wymiaru, jednej umiejętności. To z koleji prowadzi nie tylko do silosów ze wszystkimi problemami, jakie one tworzą, nie tylko do poszukiwania lokalnych optymalizacji efektywności (w istocie psujących efektywność całości) ale przede wszystkim do niepełnego wykorzystania możliwości ludzi, którzy tworzą organizację.

Wydawałoby się zatem, że najlepiej byłoby nie nadawać żadnych nazw – po prostu pozbyć się etykiet niczym źródła zła. Przecież w małych firmach (często obecnie znanych pod niekoniecznie poprawnie użytą ale modną nazwą „startup”), gdzie z założenia wszyscy robią to co umieją i co jest w danej chwili potrzebne tak właśnie jest, a stanowiska i związane z nimi etykiety służą głównie do prezentowania się firmy na zewnątrz.

Jednak etykiet nie tak łatwo się pozbyć. W większych organizacjach jak również przy wieloetapowych procesach występuje konieczność jakiegoś nazwania i uporządkowania (zorganizowania) ludzi wykonujących różne prace choćby po to tylko by wiedzieć z czym móc iść do kogo bez konieczności znania wszystkich osobiście. Nadto obiektywnie istnieją też różne specjalizacje i specyficzne umiejętności, których złożenie jest potrzebne by dostarczyć usługę czy zbudować produkt. Niewątpliwie ułatwia i porządkuje tak myślenie jak i komunikację gdy można uprościć opis organizacji do ról i ich interakcji bez konieczności analizowania i opisywanie wielowymiarowego bytu jakim jest człowiek pełniący każdą z tych ról.

Powstaje zatem swego rodzaju sprzeczność – etykiety zawężąją postrzeganie i mają wiele niefajnych skutków ubocznych, wszelako opisanie załogi liczącej paręset osób firmy określeniem „ludzie” nie jest zbyt przydatne. Jak z tej sprzeczności wyjść?

Jednym rozwiązaniem jest to, co proponuje Scrum – w kontekście konkretnego zespołu wszyscy to „deweloperzy”, a pełniona rola zmienia się zgodnie z możliwościami człowieka i potrzebami zespołu. Wszelako jest to jednak „lokalna optymalizacja” – jeśli coś rozwiązuje, to tylko w obrębie jednego zespołu i tylko w obrębie kompetencji i umiejętności bezpośrednio związanych z jego pracą.

Szersze podejście proponuje Holakracja, która wprowadza explicite rozdział pomiędzy rolami a ludźmi. W ujęciu Holakracji organizacja jest stworzona z ról, które mają określone odpowiedzialności i uprawnienia. Ludzie nie są rolami, a jedynie je „animują”. Nie ma zatem relacji jeden-do-jeden między rolą a człowiekiem. Jeden człowiek może animować wiele ról jednocześnie (np. ta sama osoba może jednocześnie animować rolę „programista” jak i rolę „marketer w mediach społecznościowych”) jak również wiele osób może animować jednocześnie jedną rolę (np. trzy osoby animujące rolę „sprzedawca”). Z założenia ról nie tworzy się „dla ludzi” (czyli mając na uwadze konkretną osobę), ale by zaspokoić potrzeby organizacji – nowa rola tworzona jest wtedy, kiedy uważa się, że rozwiąże ona jakąś bolączkę, a nie wtedy kiedy trzeba kogoś zatrudnić czy znaleźć mu miejsce. Dopiero kiedy jest rola zastanawiamy się kto mógłby ją „animować”.

Wdrożenie Holakracji to duże przedsięwzięcie (wdrożyć ją w pełni nie jest łatwo – bagaż formalizmów i konieczność całkowitej zmiany sposobu funkcjonowania powodują, że jest to trudny proces), ale można wykorzystać to podejście do kwestii ról bez zastosowania całości. Wystarczy po prostu przyjąć ten sposób myślenia, ogłaszając go załodze wraz z wyjaśnieniem, a następnie wprowadzić jakiś widoczny sposób przypisywania ludzi do ról, w którym nie trzymamy się relacji „człowiek == rola”.

Można się przy tym wspomóc praktyką „Project Credits” z Management 3.0, która wprowadza dwa równległe systemy etykiet. Jedne to klasyczne „job titles”, które są raczej stałe i których używa się przede wszystkim na zewnątrz po to, by ludziom nie znającym dobrze naszej organizacji łatwiej było zrozumieć czym się mniej-więcej zajmuje dana osoba (a więc z czym można do niej przyjść). Drugie („Project Credits”) to kontekstowe i zmienne nazwy opisujące to, co dana osoba aktualnie robi. Oczywiście, wewnątrz organizacji dużo ważniejsze są te drugie etykiety.

To tylko dwa przykłady – z pewością da się wymyślić jeszcze inne praktyki. Najważniejsze to zerwać z etykietowaniem ludzi trwale opisem ich roli w ten czy inny sposób.



4 odpowiedzi na “Moc etykiet”

  1. Janusz Filipiak napisał(a):

    Każdego specjalistę można zastąpić skończoną liczbą studentów… zwykle jednym.

  2. Struna napisał(a):

    Ciężko się z tym zgodzić. No chyba, że autor chce ograniczyć obszar badań do sobie tylko znanych typów ludzi. Moim zdaniem samo istnienie owych etykiet jest poważną poszlaką na rzecz tego, że mają one sens. A mają i to nawet dość banalny. Ludzie ich potrzebują.
    Głównie osoby o doskonale ugruntowanej pozycji na rynku pracy, które znają swoją wartość ergo wiedzą, że ich umiejętności są na rynku pracy sowicie opłacane, będą czuły pokusę wyrywania się z takiego etykietowania. Dla wielu innych owa etykieta jest nośnikiem ich poczucia wartości i tożsamości – nie jedynym, ale jednym z istotniejszych. Móc o sobie z dumą powiedzieć – jestem nauczycielem, prawnikiem, lekarzem – to dla wielu ludzi duża wartość. Bez niej czuliby się mniej znaczący. Znam sporo osób borykających się z tym problemem od innej strony. Humaniści, po ukończonych studiach, z wykształceniem de facto ogólnym, często po kilku latach od ukończenia studiów, pracując na stanowisku dość odległym od formalnego wykształcenia miewają bardzo poważne problemy tożsamościowe.

    • andy napisał(a):

      Po pierwsze, istotnie koncentruję się na wpływie etykiet na zarządzanie w szeroko rozumianym IT. Być może dla ślusarza, nauczyciela czy – weźmy przypadek ekstremalny – żołnierza etykiety połączone do tego z systemem stopni i odznak są pożyteczne. Wszelako w IT uważam je za przynoszące więcej szkody niż pożytku. Po drugie smętne to jeśli ktoś potrzebuje nazwać swój zawód by mieć poczucie swojej tożsamości. Ja mam problem w drugą stronę – zawsze sprawiały mi problem wszelkie rubryczki „zawód” na formularzach, bo w moim przekonaniu nie posiadam takowego atrybutu jako czegoś stale określającego mnie jako osobę. Może dlatego nie rozumiem kogoś, kto musi się jakoś zdefiniować określeniem zawodowym by się lepiej poczuć.

  3. […] się załamuje przy pracy intelektualnej. Weźmy na przykład osobę programującą (często etykietowaną jako „programista”). Stwierdzenie, że programista pracuje kiedy wytwarza kod jest tak absurdalne, że aż ciężko […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Subskrybuj: rss | email | twitter